Wyrzucam ból z głowy, mam ważniejsze sprawy

Tegoroczna maturzystka, Kinga Boćkowska boryka się z Reumatoidalnym Zapaleniem Stawów od dziecka. Mimo to mnie poddaje się, przystąpiła do matury i ma plany studiować na zagranicznej uczelni. Poznajcie historię choroby Kingi i tego jak radzi z nią sobie młoda dziewczyna. Może ta opowieść doda sił innym chorym.

11 lat tyle właśnie miałam, gdy to wszystko się zaczęło. Piątek, zwolnienie ze szkoły, pierwsza wizyta u ortopedy – i pierwsza punkcja kolana. Po trzech dniach kolejna wizyta i kolejna punkcja. Kolejne trzy dni – to samo. Później dostałam skierowanie na oddział ortopedii w Białymstoku – moja pierwsza wizyta w szpitalu. Poleżałam kilka dni i wyszłam z gipsem na nodze do domu. Po ponad miesiącu, gdy zdjęto mi go, doktor pokazywał studentom „przykład zdrowego kolana”. Cóż, nie było ono właściwie takie zdrowe, ponieważ po kolejnych kilku dniach znowu trafiłam na punkcję. Wtedy zaczęła się właściwa diagnoza – skierowanie na dziecięcą reumatologię. 6 piętro w Dziecięcym Szpitalu Klinicznym w Białymstoku przez dłuższy czas było dla mnie jak drugi dom.

Ból stał się dla mnie praktycznie codziennością – prawe kolano, później lewe, prawy nadgarstek, później lewy, kostki, biodra, łokcie. Czy większy, czy mniejszy – zawsze w jakiś sposób mi towarzyszy. Ale do wszystkiego trzeba się w życiu przyzwyczaić.

Często słyszę pytanie „A jak to było jak już zrozumiałaś, że te problemy będą z tobą całe życie?”. Mówiąc szczerze – moja odpowiedź na to pytanie zawsze jest inna. Z biegiem czasu nabieram innego spojrzenia na różne rzeczy. Przecież każdy z nas boryka się z jakimiś problemami, nie ma osoby, której życie byłoby idealne. Każdy z nas spotyka na swojej drodze przeszkody, które musi w jakiś sposób pokonać. Nie ma innego wyjścia. Zawsze trzeba znaleźć jakąś motywację, jakiś cel i robić wszystko by go osiągnąć.

Pierwszym moim celem było pojechanie na koncert Lany Del Rey – gdy wokalistka była w Polsce w 2013 roku leżałam w szpitalu ze spuchniętymi kolanami. Po tym postanowiłam sobie, że będę na najbliższym europejskim koncercie. I udało się – 20 czerwca 2014 roku zobaczyłam ją po raz pierwszy w Berlinie. Od tamtego czasu zawsze na koncercie stoję na samym środku, w pierwszym rzędzie – nie ważne ile czasu przed muszę zacząć ”kolejkować” – czy to 6 godzin, 10 godzin, czy nawet więcej. W 2016 roku miałam możliwość spotkania Lany i porozmawiania z nią. Nigdy nie zapomnę słów, które mi wtedy powiedziała – dalej są dla mnie ogromną motywacją. Słowa te bardzo zmieniły moje nastawienie do życia. Było to dokładnie 3 czerwca – chwilę po spotkaniu zaobserwowała mnie na Instagramie, a ja stałam się pierwszą obserwowaną przez nią polską fanką.

Mimo, iż przez chorobę musiałam zrezygnować z wielu pasji, jak na przykład wspinanie się, taekwon-do, malowanie – znalazłam inną pasję – jazdę konną. Kontakt z końmi pozwalał mi odpocząć od codzienności i realizować się w inny sposób. Udało mi się zdobyć Brązową Odznakę Jeździecką. Obecnie mam chwilę przerwy w tym sporcie, jednak od razu po maturze planuję do tego wrócić.

Większość ludzi nie potrafi tego zrozumieć ani w ten sposób myśleć – zawsze trzeba znaleźć pewnego rodzaju złoty środek. To nie jest przecież tak, że jesteśmy w stu procentach zdrowi lub w ogóle nie jesteśmy w stanie chodzić i się ruszać. Większość czasu nasza choroba – RZS – jest niewidzialna. Zresztą ból czy inne trudności związane z chorobą nie są czymś, co się pokazuje. Wychodząc ze znajomymi, będąc w szkole, na koncertach, czy na różnych wyjazdach, praktycznie nigdy nie daje po sobie poznać, że coś jest nie tak – do momentu, gdy już naprawdę nie daję rady.

Oczywiście nie zawsze daję radę funkcjonować jak inni – są dni, gdy nie jestem w stanie podnieść się z łóżka. Nawet teraz, pisząc, jest to ostatnia rzecz, która przyszła mi do głowy, bo staram się o tym nie myśleć, wyrzucić to z głowy. Co jakiś czas się to zdarza, ale trzeba żyć dalej pamiętając o tym, co jest dla nas najważniejsze, cokolwiek by to nie było.