Uwielbiam swoje życie

Ma tyle aktywności, że można by nimi obdzielić kilka życiorysów. Jeszcze wczoraj jeździła na nartach, a już pakuje się na żagle. Zanim wyjedzie dopilnować musi wszystkich pacjentów, załatwić sprawy administracyjne w Klinice, ustalić szkolenia i kursy dla przyszłych specjalistów i rzucić okiem na plan zajęć studenckiego koła naukowego. Po południu biegnie do następnych pacjentów – pewnie jej się zejdzie, bo z każdym trzeba porozmawiać nie tylko o jego chorobie. Ale może zdąży jeszcze na wieczorny trening koszykówki. Twierdzi, że gdyby dziś była dzieckiem na pewno zdiagnozowanoby u niej ciężkie ADHD. Ale takie życie lubi. I taką lubią ją pacjenci i współpracownicy, którzy w Plebiscycie KM oddali na nią 46 tys. głosów!!! Oto Prof. dr hab.n.med Irena Walecka – Kobieta Medycyny 2019.

Medycyna jest w Pani życiu od zawsze?

Tak. Pochodzę z rodziny lekarskiej, takiej z dziada, pradziada. Mój dziadek był lekarzem, obydwoje moi rodzice, tata miał siedmioro rodzeństwa i prawie wszyscy byli lekarzami i ich dzieci również są lekarzami, brat mojej mamy i mój brat oczywiście też. Nawet miałam przez chwilę pomysł, by pójść na dziennikarstwo, ale przy takiej rodzinie – sama Pani rozumie…

Od początku ciągnęło Panią do dermatologii?

Właściwie tak. Mam mamę chirurga dziecięcego , a ojciec był radiologiem i kiedy na początku studiów powiedziałam, że myślę o dziedzinie zabiegowej szybko wybili mi to z głowy. Przeważył argument taty, który powiedział: „wyobraź sobie siebie po szóstej dobie dyżuru, z rozczochraną głową, z niepomalowanymi paznokciami”. Zadziałało. Dermatologia okazała się stworzona dla mnie: od zawsze kojarzyła mi się z estetyką, ale także z … psychologią. Lecząc zmiany na skórze wpływamy bowiem pozytywnie na ludzką psychikę, bo wszystkie choroby dermatologiczne są bardzo stygmatyzujące. A kiedy pomożemy pacjentowi i uciążliwe zmiany znikną, poprawia im się psyche.

Dermatologia to bardzo szerokie pojęcie…

Kiedy zaczynałam jeszcze tak nie było, ale w tej chwili to praktycznie kilka odrębnych działów: dermatologia onkologiczna, dermatochirurgia czyli drobne zabiegi w obrębie skóry, choroby układowe tkanki łącznej i różne inne przewlekłe choroby autoimmunologiczne, cała grupa alergicznych chorób skóry, dermatologia dziecięca oraz diagnostyka: dermoskopia, videodermoskopia i mikroskopia konfokalna.

Co z tego najbardziej Panią interesuje?

Łuszczyca, układowe choroby tkanki łącznej, a wśród nich twardzina – ta ostatnia była myślą przewodnią mojej pracy doktorskiej i habilitacyjnej. Zajmuję się też diagnostyką i leczeniem nowotworów, bo bardzo lubię dermoskopię i videodermatoskopię.

Mówi Pani o estetyce w dermatologii, ale przecież choroby skóry to często nieprzyjemne, brzydko wyglądające zmiany….

Dla mnie to nie ma znaczenia. Ważne jest to, co można zrobić dla pacjenta. Choroby dermatologiczne mają przykrą wadę – są stygmatyzujące. Jeśli ktoś ma chory pęcherz, czy wątrobę – tego nie widać. Schorzenia dermatologiczne z reguły widać i to jest dla pacjentów wielki problem. Jeśli chory ma łuszczycę to wydaje mu się, że cały świat tę jego łuszczycę widzi. Gdy ma AZS wszystko go swędzi, ciągle się drapie i dodatkowo źle wygląda. Ma z tego powodu kompleksy, wycofuje się z życia społecznego i zawodowego cierpi i ciągle się tym martwi. W przypadku tej grupy chorych nie wystarczy znać się tylko na leczeniu zmian skórnych, trzeba być przy okazji psychologiem, a czasem nawet psychiatrą. Od niedawna funkcjonuje nawet w obrębie dermatologii- tzw. psychodermatologia. Bo większość chorób dermatologicznych jest bardzo silnie połączona z psyche: poprawa skóry powoduje natychmiastową zmianę nastroju, a jej pogorszenie sprawia, że bardzo szybko odbija się to na psychice. Co oczywiste – jest też zależność w drugą stronę, czyli stres wywołuje pogorszenie choroby. Gdy coś złego dzieje się w pracy lub w życiu prywatnym natychmiast znajduje to swoje odbicie na skórze. Niestety pacjenci z przewlekłymi dermatozami znacznie częściej mają depresję, myśli samobójcze i w grupie tej obserwowana jest większa liczba samobójstw.

Rozmawiamy o dermatologii, ale Pani życie zawodowe nie ogranicza się tylko do niej…

Na początku swojej drogi zawodowej, gdy przymierzałam się do specjalizacji z dermatologii, nie było w Warszawie nigdzie wolnego etatu z dermatologii więc otworzyłam specjalizację na wolontariacie i musiałam się gdzie indziej zatrudnić. Zaczęłam więc pracować w jednostce administracyjnej służby zdrowia i uznałam, że muszę podnieść swoje kwalifikacje, więc zrobiłam studia podyplomowe z zarządzania w warunkach rynku europejskiego, następne z zamówień publicznych oraz kolejne MBA. Efekt tego był taki, że przez kilka lat pracowałam w zarządzie służby zdrowia, a 19 lat byłam Zastępcą dyrektora ds. marketingu i administacji w Centralnym Szpitalu Klinicznym MSWiA w Warszawie. Ale to nie znaczy, że zapomniałam o dermatologii – wręcz przeciwnie – w międzyczasie zrobiłam specjalizację i równolegle pracowałam jako dermatolog zarówno w Klinice, jak i prywatnie. Kiedy moja ostatnia szefowa, prof. dr hab. n.med Lidia Rudnicka, wygrała konkurs na stanowisko kierownika Kliniki Dermatologii WUM, w 2014 roku objęłam po niej Klinikę. A gdy w ubiegłym roku nasz szpital podpisał umowę z Centrum Medycznego Kształcenia Podyplomowego, stanęłam do konkursu na kierownika Kliniki Dermatologii CMKP, który wygrałam, więc teraz na bazie naszego szpitala mamy także Klinikę Dermatologii CMKP.

Poza dermatologią i wenerologią ma Pani jeszcze dwie specjalizacje: z balneologii i medycyny fizykalnej oraz ze zdrowia publicznego…

Tak, balneologia i medycyna fizykalna to bardzo ciekawa specjalizacja, która bardzo łączy się z dermatologią. Polega na leczeniu różnego rodzaju naturalnymi metodami: wodami leczniczymi, borowinami, solami mineralnymi, prądami, ultradźwiękami czy innymi zabiegami fizykalnymi – to takie holistyczne podejście do człowieka i jego schorzeń realizowane w Polsce głównie w ramach leczenia sanatoryjnego.To mi bardzo pasuje do dermatologii, bo okazuje się, że pozwala świetnie uzupełnia nasze leczenie. Gdy wysyłam pacjenta dermatologicznego do sanatorium on się tam relaksuje,rehabilituje, korzysta z kąpieli w wodach siarkowych, rodonowych i solankowych co jest świetne dla jego skóry i po trzech tygodniach wraca w o wiele lepszej kondycji.

Ale na tym Pani nie poprzestała…

Zgadza się. Ze względu na to, że wciąż pełniłam funkcje administracyjne zrobiłam także dodatkową specjalizację ze zdrowia publicznego. Oprócz tego od 9 lat jestem konsultantem wojewódzkim ds. dermatologii i wenerologii, co również jest swego rodzaju funkcją administracyjną i moje dodatkowe wykształcenie i zdobyte wcześniej doświadczenie bardzo mi w tym pomaga.

Mnóstwo tego, wystarczyłoby właściwie na dwa odrębne zawody…

Właściwie tak. A w każdym z nich dzieje się jeszcze dużo innych rzeczy.

To znaczy?

Wyjeżdżając zagranicę obserwowałam nowe trendy w dermatologii i doszłam do wniosku, że dobrze byłoby nie tylko wyremontować, ale też nieco przekształcić naszą klinikę – aby nie było tu tak wielu łóżek szpitalnych lecz więcej gabinetów poradnianych i zabiegowych, gdyż 90 proc. naszych pacjentów nie wymaga hospitalizacji. To pacjenci, którzy przychodzą na konkretną konsultację lub zabieg: wycięcie, wymrożenie, elektrokoagulację zmiany, podanie leku i mogą wracać do domu. Grupa tych, którzy muszą leżeć w szpitalu jest mała. Poza tym dziś chorzy już nie chcą zostawać w szpitalu, szanują pracę i często nawet pytają, czy nie mogliby położyć się do szpitala tylko na weekend. Zmieniło się zresztą nie tylko nastawienie społeczne, ale też i podejście dermatologów. Dziś już rozumiemy, że lepiej dla pacjenta jest leczyć się w swoim środowisku, w domu, bo to mniejszy stres, a jak wiemy stres w chorobach skóry ma wielkie znaczenie. Przemodelowałam więc Klinikę, która obecnie składa się z oddziału szpitalnego oraz Poradni: Alergicznych Chorób Skóry, Dermatochirurgii i Nowotworów Skóry, Dermatopatologii, Nieinwazyjnej Diagnostyki Chorób Skóry z Pracowniami Diagnostyki Wideodermatoskopowej i Mikroskopii Konfokalnej, Diagnostyki i Leczenia Chorób Włosów, Dermatologii Dziecięcej oraz Centrum Dermatologii Estetycznej.

Podzieliliśmy się wewnętrznie, mamy młodszych asystentów rotacyjnie przypisanych do poszczególnych centrów oraz kierowników, którzy zarządzają tymi centrami i uczą kolejnych specjalistów. A przez to, że jesteśmy Kliniką CMKP prowadzimy w większości na miejscu kursy specjalizacyjne dla dermatologów, ale także dla lekarzy innych specjalności: lekarzy medycyny rodzinnej, alergologów, geriatrów, balneologów– mamy naprawdę szeroką bazę dydaktyczno-naukową.

I do tego nowoczesny sprzęt…

Nawet bardzo. Nasza klinika to jedno z niewielu miejsc w kraju, gdzie jest tak nowoczesny sprzęt – mamy cztery videodermatoskopy i dwa mikroskopy konfokalne, dzięki którym jesteśmy w stanie zweryfikować różne zmiany skórne i z dokładnością badania histopatologicznego ocenić czy jest to zmiana nowotworowa czy łagodna i zaproponować dalsze leczenie. Mając mikroskop konfokalny jesteśmy w stanie odpowiedzieć czy dana zmiana np.barwnikowa na twarzy jest łagodna czy złośliwa, gdzie przy braku tego sprzętu trzeba byłoby pobrać biopsję lub wyciąć zmianę w całości , co z reguły nie jest dobre dla estetyki wyglądu.

Szkolimy nie tylko lekarzy w trakcie specjalizacji, ale też tych, co dopiero myślą o wyborze specjalizacji – prowadzimy dermatologiczne kółko studenckie dla ponad 20 osób, które przychodzą do nas po swoich zajęciach studenckich, aby się jeszcze douczyć.

Mnóstwo jest tych aktywności. Co z tego lubi Pani najbardziej?

Najbardziej lubię pracę z pacjentami. Jako lekarze jesteśmy odpowiedzialni też za pokazywanie problemów, za kreowanie polityki zdrowotnej, edukowanie. Jeżeli wiemy, że bardzo ważna w leczeniu ciężkiej łuszczycy jest terapia biologiczna powinniśmy o tym informować, bo jeśli się o czymś nie mówi, to tak jakby tego nie było. A, że ja lubię ludzi, lubię rozmawiać – przychodzi mi to z łatwością.

Wdrożyła Pani także specjalne ścieżki diagnostyczne dla pacjentów po transplantacji nerek, trzustki i serca w ramach diagnostyki zmian skórnych u pacjentów leczonych immunosupresją. A więc jeszcze transplantologia, dość odległa na pierwszy rzut oka, dziedzina..

Transplantologia wbrew pozorom wiąże się z dermatologią, bo pacjenci leczeni immunosupresją mają wiele skórnych powikłań, z którymi trafiają do dermatologów oraz niestety większe ryzyko rozwoju raków skóry i czerniaków. Dlatego stworzyliśmy poradnię konsultacyjną dla pacjentów po przeszczepach, latami przyjmujących immunosupresję – wzięliśmy ich pod swoją opiekę, obserwujemy, kontrolujemy ich znamiona i leczymy inne zmiany skórne.

Czyli właściwie z jednej Pani aktywności, sama wynika kolejna. Doba nie jest dla Pani za krótka?

Trochę jest. Choć muszę powiedzieć, że ciągle mam nowe pomysły i stawiam sobie nowe wyzwania, a medycyna jest taką dziedziną, w której człowiek się nigdy nie nudzi i nigdy wszystkiego nie wie więc wciąż musi się uczyć.

Czuje się już Pani spełniona zawodowo?

Tak , mogę tak powiedzieć. Właściwie poczułam to już jakieś 10 lat temu. To bardzo fajny etap w moim życiu. Bez względu na to co się dalej wydarzy, bez względu na dalsze stopnie, tytuły, funkcje – odczuwam ogromną satysfakcję z tego co robię, bo daje mi to radość i uczucie spełnienia. To co najbardziej cenię sobie w tej pracy to kontakt z moimi pacjentami i pracę z moim zespołem, a także współpracę z kolegami z innych specjalności, bo dermatologia jest bardzo interdyscyplinarną dziedziną . Lubię zwłaszcza pracę z młodymi lekarzami, których staram się uczyć jak i ze starszymi, od których ja nadal się uczę.

Proszę opowiedzieć o pacjentach.

Nasi pacjenci są bardzo różni. Część z nich wierzy w powodzenie zaproponowanego leczenia, bardzo sumiennie bierze leki, stosuje sie do zaleceń. Ale mamy też bardzo „krnąbrnych” pacjentów i Ci najbardziej zapadają mi w pamięć. Są moim wyzwaniem. Zaczyna się z reguły od szorstkiej przyjaźni, bo nie stosują się do zaleceń, nie biorą leków i nie zgłaszają się na wizyty. Trzeba ich trochę stawiać do przysłowiowego pionu: mówimy im, że nie mogą pić i palić – a oni piją i palą, mówimy, że używek nie wolno – to oni i tak je biorą. Mają kilkudniowe wyskoki, które bardzo źle się dla nich kończą. Mam kilku takich pacjentów, których muszę mocno trzymać w ryzach, ale udało mi się ich wyprowadzić na dobrą drogę. To głównie młodzi mężczyźni z dużym temperamentem i wydaje mi się, że umiem do nich dotrzeć. Spotykam się ze swoimi pacjentami dość często, bo choroby skóry to choroby przewlekłe. Przychodzą do mnie zresztą nie tylko z problemami natury dermatologicznej, ale czasem tak po prostu pogadać. I ja sobie to bardzo cenię. Myślę, że to jest bardzo fajne, kiedy pacjent może przyjść do swojego doktora zawsze i ze wszystkim.

W dzisiejszych czasach to jednak nie częste, żeby mieć taki kontakt z lekarzem…

U nas tak jest. Bo pacjent dermatologiczny tego wymaga, wraca bardzo często. A kiedy przychodzi po raz dziesiąty, to trochę się już znamy i zaczyna się rozmowa, nie tylko o problemach zdrowotnych. Nagle się okazuje, że ja o nim dużo wiem – wiem, gdzie pracuje jego matka, co robią jego dzieci, kiedy się rozwiódł. To bardzo pomaga. Część z nich nie ma się komu wyżalić, nie ma komu powiedzieć pewnych rzeczy, które ich dręczą. Uważają, że skoro nas obowiązuje tajemnica lekarska, to wszystko co nam powiedzą zostanie między nami. I to jest piękne.

Bo kiedy pacjent nie ma zaufania do lekarza, to leczenie przebiega gorzej. On musi wierzyć w to, co mu zalecamy i musi mieć do nas zaufanie. Sukces leczenia zależy od nastawienia pacjenta do leczenia i od tego jaki ma kontakt z lekarzem. Dzięki temu że rozmawiamy wiem, że leczenie idzie źle, bo chory nie zastosował się dokładnie do moich zaleceń, bo zjadł coś co mu szkodzi, bo ma stres albo źle sypia – w chorobach skóry wszystko ma znaczenie. I nawet najlepsze leki nic nie poradzą jeśli się tego nie dowiemy i jeśli pacjent nie będzie wierzył, że to co mu zapisuję przyniesie efekt. Najlepiej zresztą, chyba widać to u pacjentów onkologicznych.

Taką liczbę zadań, a do tego emocji – bo rozmowy z pacjentami są często jak sesje terapeutyczne w gabinecie psychologa – trzeba jakoś odreagować…

Jestem po klasie sportowej, trenowałam koszykówkę i to mi zostało do dziś. W te dni, w które przyjmuję pacjentów w gabinecie po południu, po skończonej pracy chodzę na swoje ulubione sporty. Jeśli zostaje mi trochę czasu chodzę też na siłownię – mam takie miejsce, gdzie można ćwiczyć do 23.00, co mi bardzo odpowiada. Sport w ogóle jest w naszym rodzinnym życiu bardzo ważny. Wraz z mężem żegluję, pływam na desce, jeżdżę na nartach. Zresztą taka jest cała moja rodzina. Przedwczoraj wróciliśmy z nart, a w sobotę już wyjeżdżamy na żagle. Zresztą wszystkie letnie weekendy staram się spędzać na moich ukochanych Mazurach. Mam także grupę moich serdecznych przyjaciółek, z którymi od kilku lat organizujemy „babski rejs”, pływamy po Mazurach i naprawdę jest super.

Uwielbiam takie życie, muszę ciągle coś robić. Tak mówiąc między nami, wydaje mi się, że ja faktycznie mam ciężkie ADHD i jestem przekonana, że gdybym teraz była dzieckiem, miałabym na to papier. Kiedyś byłam w takiej poradni ze swoim synem i pani psychiatra, do której przyszliśmy, obserwowała nas oboje aż w końcu powiedziała: „wie Pani co, niech Pani weźmie stąd to dziecko, nic z tym nie zrobimy, bo przecież ono jest takie samo jak Pani, na geny nie ma rady”.

Takie samo, czyli?

Superaktywne. Syn ma 21 lat, pływa na surfingu, na wakeboard, ma międzynarodowe uprawnienia na kite, jeździ na nartach (tak jak i ja jest instruktorem narciarskim), na snowbordzie, grał w klubie w piłkę ręczną. Studiuje zarządzanie i administrację – wrócił właśnie z Lizbony, z półrocznego stypendium i najbardziej fascynował go tam klimat i możliwość codziennego pływania na desce, to było najważniejsze.

Czyli raczej nie będzie lekarzem?

Raczej nie. Wyłamał się. Od zawsze sport był w jego życiu na pierwszym miejscu i zdecydowanie idzie w tym kierunku.

Za to córka poszła w moje ślady studiuje medycynę na IV roku i chce być dermatologiem lub psychiatrą. Też bardzo lubi sporty, ale u niej narty są zdecydowanie na pierwszym miejscu, sporty wodne tak, ale tylko w ciepłym klimacie.

A Pani jakie ma Pani plany na najbliższe lata?

Jednym z moich planów jest utrzymanie tego co mam, bo czuję się bardzo szczęśliwą kobietą. Chciałabym nadal pracować z moim ulubionym zespołem lekarskim i pielęgniarskim, bo bez nich moje sukcesy nie byłyby możliwe i za co bardzo im dziękuję, chciałabym, żeby jak najszybciej pokończyli specjalizacje i doktoraty. Myślę o kolejnej modernizacji w Klinice, ponieważ mamy mało miejsca zwłaszcza dla personelu.

Także mam więc takie raczej pragmatyczne marzenia.

Rozmawiała Monika Wysocka