Pandemia może spowodować trwałą zmianę w życiu

Wiele z obecnych problemów w naszym życiu, na przykład kryzys w związku czy kłopoty wychowawcze bierze się z obciążeń, których doświadczaliśmy przed pandemią. Przymusowa izolacja społeczna sprawiła jednak, że nie da się od nich teraz uciec. O doświadczaniu zmian w czasie pandemii opowiada psychoterapeutka i psychonkolożka dr Mariola Kosowicz, kierowniczka Poradni Psychoonkologii w Narodowym Instycie Onkologii im. Marii Skłodowskiej Curie w Warszawie.

Jesteśmy na kwarantannie już ponad miesiąc, niektórzy dłużej. Co dzieje się w naszych głowach?

Każdego dnia, zawodowo i prywatnie, rozmawiam z różnymi ludźmi i odnoszę wrażenie, że dla większości z nas przedłużający się czas kwarantanny, poczucie zagrożenia możliwością zakażenia się wirusem i silny niepokój o przyszłość powoduje, że jest nam coraz trudniej.

Na początku wiele osób zakładało, że zaraz się to skończy. Odnosiliśmy się do naszych wcześniejszych doświadczeń np. z grypą, i czekaliśmy, że przyjdzie ciepła pogoda, wszystko się skończy i wrócimy do naszego normalnego życia. 

W rezultacie przeżywamy pewnego rodzaju dysonans poznawczy: z jednej strony widzimy normalny świat – coraz więcej samochodów, ludzie na ulicach, a z drugiej dowiadujemy się, że tego dnia zmarło 20 osób, a zachorowało ponad 200, że gdzieś na świecie w czasie jednej doby zmarło ponad 2 tys. osób. To musi wpływać na nasze poczucie bezpieczeństwa. Przeżyliśmy pierwsze święta Wielkanocne z dala od bliskich, bez możliwości pójścia do kościoła. 

Nie udawajmy, że to są łatwe zmiany. Nie potrafię zliczyć, ile razy dziennie słyszę od ludzi, że tęsknią do wcześniejszego życia i trudno im pogodzić się z tak ogromnymi zmianami. Wspominamy świat sprzed pandemii i nierzadko wydaje się on dużo lepszy niż myśleliśmy o nim w czasie rzeczywistym. Sam fakt, że mogliśmy bez skrępowania realizować swoje potrzeby wydaje się z dzisiejszej perspektywy czymś wyjątkowym.

Dla wielu ludzi bardzo dużym wyzwaniem psychicznym jest odizolowanie od ludzi, tych najbliższych – rodziców, dziadków, dorosłych dzieci, jak również od przyjaciół, znajomych i kolegów z pracy. Wielu lekarzy, pielęgniarek, ratowników medycznych mieszka oddzielnie, aby nie narażać swoich rodzin. Trudno wyobrazić sobie, co takie osoby przeżywają. Już teraz Światowa Organizacja Zdrowia ostrzega przed ilością problemów psychicznym, wynikających z zaistniałej sytuacji. W wielu krajach, w Polsce również, organizuje się dostęp do infolinii z poradami psychologów. Zgłasza się wiele osób, które nigdy wcześniej nie miały poważanych problemów psychicznych i te, które chorują i obecna sytuacja wpływa negatywnie na ich proces zdrowienia. Bardzo ważne jest, w jaki sposób próbujemy sobie z tym wszystkim radzić. 

A jak sobie radzimy?

Myślę, że bardzo różnie. Dużo zależy od tego, z iloma problemami musimy sobie jednocześnie poradzić i jakimi możliwościami – psychicznymi, fizycznymi, społecznymi, ekonomicznymi dysponujemy. Ważne też, jakie mamy obciążenia sprzed pandemii. Czasami jedynym światem byli znajomi z pracy i alkohol – w ten sposób takie osoby nie mierzyły się z problemami samotności, lęków, niepewności. A teraz powstała ogromna pustka i nie ma kto tego zapełnić. 

Skłócone wcześniej rodziny, wcześniejsze problemy finansowe, choroby i wiele innych sytuacji długo przed pandemią stanowiły poważne obciążenia, a w tej chwili jest jeszcze trudniej.

Ale rozmawiam też z osobami, które straciły pracę i szukają, gdzie mogą, zajęcia, żeby tylko zarobić i potrafią się cieszyć z każdej najmniejszej zmiany na plus. Widzą światełko w tunelu, nie poddają się, szukają rozwiązań. Trzeba zminimalizować wydatki, to podchodzą do tego rozsądnie, że to czas przejściowy i wprowadzają zmiany. Nie ma możliwości spotkań ze znajomymi, to organizują spotkania online. Nie śledzą nadmiernie wiadomości, ale też ich nie ignorują. Widząc, że nie radzą sobie psychicznie, szukają profesjonalnej pomocy i wsparcia ludzi.

Jednak nie wszyscy tak potrafią. Są też osoby, które bez względu na to, co mają i ile dobra otrzymują, prezentują postawę ofiary i tak też się czują. Znam ludzi, którzy dobrze wiedzą, że nadmiar informacji im szkodzi, a jednak śledzą każdą informację i nakręcają siebie i innych. Dużo mówią o tym, co złego nas czeka. Nie mając świadomości, co robią ze swoim mózgiem, zaczynają żyć w przewlekłym lęku. A wówczas prawie każdy sposób uwolnienia się od niepokoju nie działa lub działa na krótką chwilę.

Są też osoby, które udają, że problemu nie ma, są przekonani, że pandemia jest wymyślona i doszukują się drugiego, piątego dna. Niestety, często za takim myśleniem idzie ignorowanie zaleceń związanych z ochroną siebie i innych ludzi przed wirusem. Ilu ludzi, tyle różnych zachowań. Najgorsze, co możemy w tej sytuacji zrobić, to oceniać lub potępiać sposób radzenia sobie z problemami, oczywiście poza przemocą, ponieważ nikt z nas nie żyje życiem innego człowieka i czasami tylko nam się wydaje, że dużo wiemy na temat innych ludzi, a w konsekwencji wiemy tylko tyle, ile chcą nam siebie ujawnić. 

Nie byliśmy przygotowani na to, co teraz się dzieje…

Wygląda na to, że nie o końca. Obecna sytuacja, jak mało która, obnaża prawdę, w jak wielu obszarach nie byliśmy przygotowani na tak trudne zdarzenia. Uśpiliśmy naszą czujność. Młodzi ludzie żyli w świecie, w którym nie było żadnego realnego zagrożenia. Gdzieś tam, na świecie, była jakaś wojna, gdzieś była jakaś choroba, jakieś trudne sytuacje, ale to nie u nas, my żyliśmy w pewnym komforcie. Świat stworzył nam iluzję, że wszystko możemy, że jesteśmy bezpieczni, że wiele rzeczy jest nam dane na zawsze i chyba dlatego tak boleśnie przeżywamy przebudzenie.

Coraz częściej słyszę od ludzi, że w maseczkach, które mają ich chronić, czują się bardziej zagrożeni w niż bez nich, bo nie wiedzą jak właściwie ich używać: czy dobrze je zdejmują, czy materiał wystarczająco przylega, w jakich sytuacjach są niezbędne. Non stop dezynfekujemy różne rzeczy: myjemy komórki, przecieramy klamki, w pracy klawiatury, myszki, nosimy rękawiczki. To lekka panika związana z tym, że to, co ma cię chronić, wiąże się z zagrożeniem. Te zmiany, które nie należały do repertuaru naszych codziennych zachowań, nie są łatwe. Słyszymy, że już nie będzie tak samo i wielu z nas odczuwa sprzeciw. A wszystko wskazuje, że wiele rzeczy się zmieni i będzie inaczej. 

Co to znaczy?

Z większym lub mniejszym wysiłkiem będziemy musieli przyjrzeć się, w jakiej kondycji wyjdziemy z tego trudnego okresu. I mam tu na myśli kondycję  psychiczną, fizyczną, rodzinną, społeczną, ekonomiczną i może wiele innych, które były częścią naszego życia. Pewnie będziemy robili bilans strat i zysków. Dobrze byłoby wyciągnąć daleko idące wnioski np. z relacji z bliskimi, sposobu zarządzania finansami, kto jest przyjacielem, a kto nie zasłużył na miano przyjaciela, itd. Zapewne duża część z nas przyswoi sobie zachowania higieniczne, np. mycie rąk. Może jakaś część ludzi doceni bardziej, to co ma. Jestem realistką i liczę się też z tym, że jakaś część wniosków i zmian dla wielu ludzi może być krótkotrwała. Pracując w szpitalu onkologicznym widziałam ludzi, którzy pod wpływem ogromu nieszczęścia wynikającego z choroby postanawiali wprowadzić w swoim życiu zmiany – ale na krótko. Czasami wracali z nawrotem choroby i uświadamiali sobie, że zgubili te zmiany i wrócili do starych nawyków. To może być dla nas lekcja uważności na siebie i swoje życie.  

Minęło już trochę czasu spędzonego w odosobnieniu. Mówiła pani, że dużo zależy od tego, jakie obciążenia mieliśmy przed pandemią. Jakie problemy wypływają na wierzch?

Bardzo różne. Kryzysy w związkach i rodzinach. Niektórzy wzięli się teraz za dramatyczne wychowywanie swoich dzieci, głównie nastolatków. Dotąd nie mieli czasu ich poznać, nie widzieli, jak one funkcjonują – bo kiedy? O 19.00 po powrocie z pracy? W sobotę, kiedy jedziemy wszyscy na zakupy, a potem sprzątamy? Na wakacjach, na które jedziemy z czterema innymi rodzinami i nawet nie mamy kiedy pobyć z naszymi dziećmi, bo one mają towarzystwo dzieci tych innych par? A teraz spędzają z nimi czas i nagle odkrywają, że nie podoba im się to, co widzą. Np. słyszę od mamy: „Moja córka nie uczy się, leży, chodzi po domu bez celu”. W reakcji na to mama mówi do córki: „Dziecko, na kogo ty wyrośniesz, kim ty będziesz?”. A ona odpowiada: „Wiem że jestem nikim, do niczego się nie nadaję”.

Problemem jest to, że ta mama nie do końca słyszy, co córka do niej mówi. A córka wysyła jej rozpaczliwe sygnały: nie radzi sobie, czuje się głupsza od swoich rówieśników. W rozmowie ze mną zaczyna zdawać sobie sprawę z konsekwencji wypowiadanych słów pod adresem córki.

Inna kobieta mówi do mnie: „Dopiero teraz widzę indolencję mojego męża. Jesteśmy w domu i widzę, że on poza odebraniem telefonu niczego więcej nie potrafi zrobić”. Na moje pytanie, jak wyglądało zaangażowanie męża w prace domowe przed pandemią, pani odpowiada: „No tak, było tak samo”. 

Warto być świadomym, że czasami łatwiej szukać wyjaśnienia w obecnej sytuacji niż spojrzeć na problem szerzej. 

W wielu domach odgrywają się dramaty wynikające z przemocy. Życie z kimś, kto już wcześniej stosował przemoc – fizyczną, psychiczną, seksualną,  ekonomiczną – ze świadomością, że teraz jesteśmy skazani na sprawcę przez 24 godziny na dobę, to niewyobrażalnie ciężkie sytuacje. Nierzadko obserwatorami, ale także i wtedy ofiarami przemocy są dzieci, które czują się bezradne i zupełnie zagubione. Dlatego nie wolno nam nie reagować!

Mamy też problemy osób żyjących z osobami chorymi psychicznie, które odstawiają leki i ich stan się pogarsza. Wczoraj w mojej poradni mieliśmy zgłoszenie od pacjentki, której mąż choruje na schizofrenię. Od kilku dni był bardzo agresywny, odgrażał się, że ją zabije, zarzucał czyny, których nie zrobiła. Pani na szczęście poprosiła nas o pomoc. Natychmiast zgłosiliśmy problem na 112; została wysłana policja i karetka pogotowia. Wiemy, że jej mąż jest już w szpitalu. Najważniejsze, że pani szukała pomocy.  

Ludzie czują się samotni, nawet w rodzinach. Okazuje się, że nie mają o czym rozmawiać, nie potrafią spędzać razem czasu. Jest problem podwójnych związków – jak to ciągnąć dalej, kiedy możliwości są ograniczone? Możemy mówić, że to ich problem, ale to nie zmienia sytuacji, że są to realne problemy wielu ludzi. Nie jestem od oceny i widzę, jak ludzie męczą się w trudnych sytuacjach i nie wiedzą, jakie znaleźć wyjście.

I na koniec: jest jeszcze jeden problem, który mnie przeraża. Otóż w niektórych ludziach, ze strachu, z braku wiedzy, z frustracji,  uruchomiły się pokłady agresji. Tacy ludzie atakują wszystkich i wszystko, np.  służbę zdrowia, traktując ich jakby byli trędowaci. Nie można takich zachowań tłumaczyć pandemią! 

Poza tą ostatnią kwestią mówi pani o problemach, które pandemia wyostrzyła. Zauważa pani też jakieś nowe?

Nowa jest cała ta sytuacja i wynikające z niej ograniczenia. Nowe jest to, że musimy nauczyć się adaptować do wielu nowych sytuacji, do raptownych zmian. Myślę, że musimy zweryfikować nasze myślenie o sobie. Niektórzy z nas stracą swoje stanowiska, które określały ich wartość jako człowieka i mogą poczuć się, jakby przestali być wartościowi. Wiele osób, które nigdy wcześniej nie myślały o tym, może stracić płynność finansową i będzie musiała zmierzyć się z ograniczeniami w wydatkach. Mogą pogłębić się różnice społeczne i to jest też wielkie wyzwanie dla nas wszystkich, żebyśmy nie budowali murów nienawiści, pod którymi kryje się zazdrość i frustracja swoim życiem. Musimy nauczyć się myśleć o realnym zagrożeniu i nauczyć się z tym żyć. Niektórzy z nas muszą nauczyć się zwracać uwagę na innych ludzi i dla wspólnego dobra zmienić nawyki swoich zachowań.

Ważne jest teraz, żebyśmy przestali myśleć życzeniowo, że zaraz wszystko wróci do poprzedniego stanu. Pewne zmiany zostaną z nami na długo. Czekanie na „lepszy, stary” świat może skończyć się rozczarowaniem i zniechęceniem. Od razu zastrzegam, że nie chodzi o to, żeby zrezygnować z marzeń i dążeń, wręcz przeciwnie. Realne marzenia stanowią siłę napędową dla następnych marzeń i dążeń. Jeżeli coś nam wychodzi, to napawa nas wiarą, że potrafimy, że mamy wpływ na swoją rzeczywistość.  

No dobrze, ale jak sobie radzić z tym wszystkim?

Trzeba nazwać problemy i realnie określić swoje możliwości poradzenia sobie z nimi. Nie warto myśleć o rzeczach, których nie ma i nawet nie wiemy, czy będą miały miejsce w naszym życiu. Ważne, żeby szukać pomocy u innych ludzi i umieć o nią poprosić. Przy czym nie należy zniechęcać się, kiedy ktoś odmawia pomocy. Czasami problem jest bardzo złożony i warto dalej szukać innych ludzi gotowych do pomocy. Dobrze jest zaplanować sobie dzień. Nie chodzi o planowanie każdej chwili, ale o takie zadania, które wiemy, że powinny być wykonane i te, które wprowadzają odprężenie i dobry nastrój. Nie szukać winnych swoich decyzji, ale uczciwie przyjrzeć się sobie. Czyli odpowiedzieć na kilka pytań. Co ja robię, że czuję się tak, a nie inaczej? Na ile pozwalam ludziom przekraczać granice? Ile razy rezygnuję ze swoich potrzeb? Ile razy nie mówię tego, co czuję, na czym mi zależy? Jakiej potrzebuję pomocy? I tak dalej. Jeżeli się boisz, określ, czego się boisz. Jeżeli to jest coś realnego, na przykład lęk przed zrobieniem zakupów, poproś kogoś o pomoc. Jeśli to jest lęk uogólniony, poszukaj pomocy psychologicznej lub psychiatrycznej. Jest teraz cała masa miejsc, gdzie można taką pomoc dostać. Albo poproś kogoś: pomóż mi znaleźć miejsce, gdzie mogę zadzwonić i porozmawiać. Jeżeli wiemy, że cierpimy na depresję i gorzej się czujemy, nie przypisujemy tego pandemii, tylko weźmy pod uwagę, że ta sytuacja mogła wygenerować nawrót tej choroby. 

Jednak jeśli mamy jakieś konkretne problemy spowodowane pandemią, np. straciliśmy pracę, trudno mówić: „nie martw się”…

Nie chodzi o to, żeby nie myśleć o tym co dalej będzie, np. finansowo, ale o to, aby nie budować jakiegoś strasznego zagrożenia. Nie ma tu prostej rady, ale z każdej sytuacji jest jakieś wyjście. Może trzeba zwrócić się z prośbą o pomoc do rodziny. Oczywiście zaraz znajdą się tacy, co powiedzą: to wykluczone, nie ma szans – bo już wcześniej tam nie było porozumienia. Może jednak warto przełamać swój schemat myślenia i się przekonać. Najwyżej albo się zaskoczymy się pozytywnie, albo potwierdzimy swoje przekonania. Dzisiaj wszyscy jesteśmy w tej samej sytuacji – wszyscy, jak nie z tej, to z innej strony doświadczamy lęków, niepokojów, strat. Ale jeśli nie do rodziny, to może zwróćmy się po zasiłek. Słyszę, ze dla niektórych ludzi, to uwłaczające, ale musimy się z tym zmierzyć, a taka pomoc może pozwoli nam przetrwać, zanim wymyślisz coś innego.

Dostrzega pani jakieś dobre strony tej sytuacji?

Coraz bardziej jestem przekonana, że takie są. Zatrzymaliśmy się biegu, zaczynamy zwracać uwagę na to, co dotychczas nam gdzieś umykało. Są tacy, co mówią, że super spędzają czas ze swoimi dziećmi. Podzielili się obowiązkami: on pracuje pół dnia, wtedy ona zajmuje się dziećmi. Potem się wymieniają. Niektórzy odkrywają na nowo wartość rozmowy. Niektórzy mają świetne pomysły na spędzanie czasu.  Na balkonie zrobili sobie piknik, ustawili specjalny namiot, albo ubierają się w kurtki i siedzą na tym balkonie jak w parku. Wspólnie ćwiczą. 

Więcej myślimy też o innych: robimy zakupy seniorom, przygotowujemy   jedzenia dla osób na kwarantannie, szyjemy maseczki. Wspieramy się wysyłając sobie memy. Dzwonimy pytać „Jak się masz?”. Ustalamy, co zrobimy, jak to się skończy. To są rzeczy, które niesamowicie jednoczą. Jest wiele sytuacji, które zapamiętamy z tego okresu. Wyjątkowe święta, urodziny – że jednak dało się to zorganizować. Imprezy na urządzeniach mobilnych i aplikacjach: spotkania przyjaciół, które dotychczas odbywały się w restauracjach, a teraz każdy siedzi u siebie na kanapie, w dresie. W trakcie trwa normalne życie: nastawiamy pranie, albo gotujemy zupę. Nie liczy się jak kto wygląda, w co jest ubrany, ale to że się spotkamy, że pogadamy, że spędzimy razem czas. Doświadczamy czegoś fajnego w innym wymiarze. Sytuacja wymusza kreatywność. Jesteśmy teraz bardziej na siebie wrażliwi, chcemy sobie pomagać. Zauważamy się. W ludziach jest bardzo dużo dobra i kreatywności, trzeba tylko unikać sytuacji, które budzą w ludziach odruchy zagrożenia i zaczynają walczyć. 

A jak pani sobie radzi? Przecież ci, którzy pomagają, też nie są z kamienia…

Też miewam gorsze chwile. Zauważyłam, że częściej się wzruszam: wzrusza mnie wszystko, co przeżywają ludzie. Wzruszają mnie przejawy dobra. Ostatnio ktoś dostarczył do szpitala kawę dla personelu, a na torbie był napis „ Jesteście Wielcy. Kochamy Was.”. Widziałam, w ilu oczach pokazały się łzy wzruszenia. Myślę o swoich bliskich. Bardzo brakuje mi bezpośredniego kontaktu z dziećmi i wnukami. W każdą niedzielę łączymy się przy śniadaniu i mamy namiastkę wspólnego posiłku. Tylko nie mogę przytulić moich wnuków, a jest to bardzo trudne. Jak inni, musiałam zaadaptować się do nowej sytuacji – pracuję jako terapeuta i podtrzymuję terapię z wieloma osobami. Gdyby ktoś mi kiedyś powiedział, że będę to robić online, nie uwierzyłabym. Dla mnie i dla większości moich pacjentów to nowe doświadczenie. Ku mojemu zaskoczeniu, to naprawdę wychodzi, chociaż nigdy nie zastąpi to bezpośredniego kontaktu i czekam na spotkania z pacjentami w zaciszu gabinetu.  

A skoro już o tym rozmawiamy, to mam taki mały apel, aby pamiętać o tych, którzy w tej wyjątkowej sytuacji pomagają innym. Często są postrzegani jako silni, tacy, którzy zawsze sobie poradzą. A oni też mają słabsze dni, też się martwią, też się boją. I oni też mogą potrzebować pomocy, a na pewno potrzebują dobrego słowa.  


Rozmawiała Monika Wysocka, zdrowie.pap.pl