Nie interesują mnie proste zadania

Lubi wyzwania, nie interesują Jej proste zadania. Nawet na wakacjach wybiera wędrówkę zamiast leżenia plackiem na plaży. Kiedy już się za coś zabiera to na 100 proc. W rok zorganizowała ośrodek uroginekologiczny w Międzyleskim Szpitalu Specjalistycznym w Warszawie tworząc miejsce, gdzie kobiety otrzymują nowoczesne leczenie na światowym poziomie. Zrobiła to dla kobiet, bo uważa, że na to zasługują. Jest ambitna, odważna i zaangażowana. I za to najbardziej lubią ją pacjentki, które plebiscycie „Kobiety Medycyny” oddały na nią 27 tys. głosów. Oto prof. Ewa Barcz.

Skąd medycyna w Pani życiu?

Wyniosłam ją z domu. Moja mama była pediatrą i abstrahując od tego jak ciężko było lekarzom w latach 80-tych wiązać koniec z końcem, to czułam etos tej pracy, odpowiedzialności, misyjności wręcz. To tysiące telefonów, które moja matka odbierała będąc już w domu, porad, które udzielała, opowieści o pacjentach. I mimo nieszczególnej zachęty z jej strony, mimo że gdy zaczynałam tę pracę perspektywy były bardzo marne – chyba po prostu wyniosłam to z domu, nasiąkłam jak gąbka od wczesnego dzieciństwa tą atmosferą.

Czy od razu wiedziała Pani, że to będzie ginekologia?

Studiując medycynę nie miałam szczególnie sprecyzowanych zainteresowań. Jedyne co wiedziałam na pewno, to że chcę operować. Najpierw pojawiła się koncepcja chirurgii, ale zdrowy rozsądek podpowiadał mi, że dominacja mężczyzn w tej dziedzinie jest tak ogromna, że nie mam czego tam szukać. Teraz to wygląda zupełnie inaczej – tak wiele kobiet jest w tym zawodzie, że to musiało się zmienić. Jednak kiedy ja zaczynałam na oddziałach chirurgicznych kobiety zajmowały się co najwyżej operowaniem żylaków podudzi. A dla mnie to było za mało. Ginekologia to więc próba kompromisu.

Jak dziś Pani ocenia ten wybór?

Idealny! Uwielbiam to co robię i nie zamieniłabym tego na nic innego. Nawet przez sekundę nie miałam refleksji, że mogłabym robić coś innego. A w dodatku ta wąska działka, którą się zajmuję – uroginekologia – daje mnóstwo satysfakcji. To poczucie, że można dla kobiet, które są trochę zapomniane przez system zrobić coś ważnego, tak im potrzebnego jest super. Po prostu to uwielbiam.

Skąd uroginekologia wzięła się w Pani życiu. Proszę opowiedzieć jak to się stało.

To był trochę przypadkowy wybór. Na skutek zbiegu okoliczności trafiłam na szkolenie z tej dziedziny poza Polską. To spojrzenie z innej perspektywy pozwoliło mi zauważyć jakie mamy w tym zakresie braki – zbyt mało ośrodków, brak kompleksowej opieki, niezbyt nowoczesne metody leczenia. Okazało się, że już nawet będąc doświadczonym ginekologiem niewiele wiedziałam na ten temat! Dopiero pobyt w jednej z niemieckich Klinik pokazał mi jaka jest skala problemu i co można w tej dziedzinie zrobić. Jaką mamy lukę w systemie opieki nad kobietami w Polsce. Dla mnie to było objawienie!

Czy powrót do Polski był brutalnym zderzeniem z rzeczywistością?

Był! Ale jako niezwykle uparta i dążąca do celu osoba założyłam sobie, że to zmienię. I w ciągu dwóch lat stworzyłam taki ośrodek jaki widziałam za granicą – przynajmniej w zakresie procedur dostępnych w panelu chirurgii i diagnostyki uroginekologicznej.

Ale nie przerażało Pani, ile to wymaga pracy? Łatwo się mówi: zrobię tak u nas, w rzeczywistości trzeba zmagać się z wieloma przeszkodami…

To nie były przeszkody, tylko wyzwania. Gdy coś jest zbyt łatwe przestaje mnie interesować, dla mnie im trudniej tym lepiej. Oczywiście nie było łatwo, to wszystko powstawało w pocie czoła – zbudowanie infrastruktury, przecieranie szlaków, stworzenie poradnictwa ambulatoryjnego, które musi być wstępem do dalszego postępowania, opracowanie procedury kwalifikacyjnej i diagnostycznej. To wszystko ewaluowało, czasem się okazywało, że coś nie ma sensu, trzeba to zmodyfikować. Było wiele zmian, żeby stworzyć tak sprawnie działający system. Ale teraz już wiemy jakiej diagnostyki potrzebuje każda pacjentka. Kwalifikacje przebiegają tak, że na oddział rzadko trafia kobieta, która byłaby dla nas znakiem zapytania – zwykle dokładnie wiemy co jej jest, czego potrzebuje, co możemy dla niej zrobić. Leczenie mamy podzielone na konkretne etapy, a chora doskonale wie co ją czeka teraz, co za parę miesięcy. Ustawienie tak pracy wymagało jednak wiele wysiłku i pracy.

Co było najtrudniejsze?

Gdy pojawiały się pacjentki, a nie było rąk do pracy. Dziś pracuje w fantastycznym doświadczonym zespole lekarzy, instrumentariuszek, położnych. Ufamy sobie, możemy na sobie polegać. Wyzwaniem było też wyszkolenie w technikach operacyjnych. Wiele z tych umiejętności zdobywałam poza Polską. Sam moment przejścia na swoje wymagał ogromnej determinacji – proszę sobie to wyobrazić: podpatrujesz mistrza, a potem musisz zacząć to robić samemu, już bez słowa wsparcia, bez podpowiedzi ze strony kogoś bardziej doświadczonego. Te chwile, gdy wprowadzałam kolejne procedury chirurgiczne były bardzo trudne.

Można powiedzieć, że przecierała Pani szlaki…

Nie aż tak. Proszę pamiętać, że to nie były pionierskie metody. Może w Polsce nie były, czasem nadal nie są rutyną ale na świecie mają już ugruntowaną pozycję. Niemniej jednak uczenie się nowych rzeczy i wprowadzanie ich na własne podwórko – to świetne uczucie.

To wymaga odwagi..

Na pewno trzeba być otwartym na nowości, patrzeć na to co robią inni. W dzisiejszych czasach to jest dużo łatwiejsze niż kiedyś. Jeździmy na kongresy, szkolenia, gdzie podczas sesji video czy na bloku operacyjnym uczymy się nowych technik – można to na bieżąco przedyskutować, zadawać pytania. Kłopot w tym, że uroginekologia jest stosunkowo młodą dziedziną i niektóre dziś wprowadzane techniki będziemy mogli ocenić dopiero za jakieś 10-15 lat. W takiej sytuacji są teraz Stany Zjednoczone – po wielkim boomie na materiały syntetyczne i siatki implantowane przezpochwowo – odchodzi się od tej metody, bo mnożą się procesy przeciwko lekarzom, którzy je zakładali i przeciwko firmom, które je produkowały, zasądzane są wielomilionowe odszkodowania dla pacjentów. To nie wynika z tego, że ktoś chciał źle, my po prostu nie wiedziano jakie są odległe konsekwencje ich zastosowania, nie rozumieliśmy mechanizmów działania. Prawda jest taka, że cały czas się uczymy. Teraz też jest wiele nowych propozycji i trzeba umieć zdroworozsądkowo ocenić co już jest rutyną od tego, co wciąż jest w sferze badań.

Dziś jest Pani szefową oddziału w Międzylesiu. Gdzie pracowała Pani wcześniej?

Zaczynałam w Klinice Położnictwa i Ginekologii WUM na Placu Starynkiewicza w Warszawie i pracowałam tam przez ponad 20 lat: od skończenia studiów do 2017 roku.

A jak to się stało, że przeniosła się Pani do Międzylesia?

Poprzedni kierownik odchodził na emeryturę i pojawiła się opcja objęcia oddziału, a ja z niej skorzystałam. Znowu trochę przypadku i zbiegów okoliczności.

Można powiedzieć, że ten oddział to takie Pani dziecko, wprowadziła tu Pani mnóstwo zmian.

Będę tak mogła powiedzieć, gdy odział będzie już miał taki kształt jak sobie to wyobrażałam na początku. Ale oczywiście już teraz można powiedzieć, że bardzo wiele się zmieniło: portfolio zabiegów, poradnictwo ambulatoryjne. Uroginekologia to 60 proc. wszystkich procedur wykonywanych na naszym oddziale, zresztą to odpowiada epidemiologii – choć jeszcze nie w Polsce. Jeśli popatrzymy na strukturę hospitalizacji ginekologicznych w krajach Unii Europejskiej to 10-12 proc. to są nowotwory, kolejne 20-30proc. to łagodne schorzenia ginekologiczne (mięśniaki, torbiele) a reszta to uroginekologia.

To oznacza dużo pracy. Jak wygląda Pani dzień?

Pracę – odprawę, obchody, zaczynamy o 7.30, bo chcemy zrealizować jak największy plan operacyjny, tak aby o 8 zacząć operować. Każdy dzień wygląda inaczej, bo zależy od rodzaju wykonywanych zabiegów – większych robimy do 6-7 dziennie, czasami na dwóch salach, plus cała masa drobniejszych zabiegów. Codziennie działa Poradnia Specjalistyczna. Dodatkowo położnictwo i patologia ciąży. Jesteśmy w przededniu dużego remontu więc obecnie rodzi się tu mniej dzieci. Ale to się zmieni. A oddział po przebudowie będzie super nowoczesny i przyjazny dla pacjentek.

Jak Pani odreagowuje szpitalne stresy?

Mam to szczęście, że mam trójkę dzieci w wieku 17, 14 i 11 lat, które nie pozwalają mi myśleć non stop o pracy. Nie wiem czy to odstresowuje, ale przynajmniej tworzy balans pomiędzy pracą a domem.

Relaks to dla mnie książka, film, czasem trochę sportu, choć z tym jest raczej słabo – zbyt mało czasu i duże zmęczenie fizyczne na koniec dnia skutecznie pozbawiają mnie tej przyjemności.

Czytanie też zależy od poziomu zmęczenia – jak mam za dużo na głowie czytuję wyłącznie kryminały, jeśli mam trochę oddechu i możliwości skupienia się wybieram coś ambitniejszego.

Ale prawdziwe oderwanie od rzeczywistości dają mi wakacje. Zawsze odpoczywamy aktywnie i w drodze. Nie jeździmy do drogich hoteli, z opcją all inclusive, bo to by mnie zestresowało jeszcze bardziej. Zwykle to są podróże z plecakiem, bo lubimy włóczęgi. Ostatnie parę lat to była Azja, różne regiony, łącznie z pięciotygodniową podróżą po Mongolii. Muszę przyznać, że wyprawa po bezdrożach i nocowanie pod namiotem z czteroletnią wtedy córką było wyzwaniem, ale było przepięknie.

Znika wtedy Pani totalnie?

Wyjeżdżając zwykle zmieniam kartę SIM, ale z czysto ekonomicznego powodu – komunikowanie się z dziećmi np. w Kambodży przez Polskę jest zbyt kosztowne. Mam natomiast zawsze aktywnego WhatsApp’ a więc pozostaję w kontakcie z rzeczywistością. Są rzeczy, które wymagają kontaktu, wiec nie mogę zupełnie się odciąć. Staram się jednak aby na wakacjach były czasem dla nas. Mam dwóch synów i córkę – wszystkich w dość wymagającym wieku. Chłopcy są jeden w pierwszej klasie liceum, drugi wpadł w podwójny rocznik absolwentów podstawówki. To trudny czas, bo ostatnie dwa lata w edukacji tyle się dzieje, że szczerze mówiąc dużo bardziej wytrąca mnie to z równowagi, niż to co dzieje się w szpitalu – tu jestem w stanie nad tym zapanować, mam poczucie, że mam na to wpływ. Wiem, że to co zrobię, ma swoje konsekwencje. W kwestiach szkolnych na nic nie mam wpływu i to mnie wytrąca z równowagi.

Czy chłopcy mają już sprecyzowane plany na przyszłość?

Najstarszy syn idzie w kierunku prawa i nauk społecznych, a więc zupełnie inaczej niż my z mężem – takie zainteresowania rozbudzili w nim fantastyczni nauczyciele historii i WOS-u. Młody deklaruje medycynę i ma do tego predyspozycje emocjonalne – jest empatyczny, wrażliwy i choć w dzisiejszych czasach może nie jest to najbardziej pożądana cecha u lekarza, to jednak moim zdaniem niezbędna żeby być dobrym w tym co się robi. To daje szansę, że ten zawód będzie dawał mu satysfakcję.

A jaka jest córka?

Ma 11 lat, jest najmłodsza z całej trójki, ale ma bardzo wyrazisty charakter. Ma ciężkie życie ze starszymi braćmi musi być twarda. Wie czego chce zawsze i wszędzie. I …chyba jest podobna do mnie.

Czuje się Pani spełniona zawodowo?

Powiedziałabym raczej, że jestem zadowolona z miejsca, w którym teraz się znajduję: robię to co lubię, mam poczucie, że robię to dobrze i mam moc sprawczą. Mam oczywiście swoje drobne satysfakcje z tego co robię na codzień: że tworzę tę klinikę na nowo, że wydałam dwie fajne książki medyczne, z których uczą się rezydenci. Wciąż mam nowe pomysły, które staram się realizować. To rzeczy, które dają dużo satysfakcji. Spełnienie to coś co – dla mnie oznacza zamknięcie etapu i przejście do czegoś innego, a ja tego bym jeszcze nie chciała. Za dużo jest jeszcze rzeczy do zrobienia.

Co się więc Pani marzy?

Moją misją, idée fixe jest kwestia usystematyzowania edukacji w zakresie uroginekologii. To jest coś bez czego w naszym kraju poziom opieki nad chorymi z patologiami dna miednicy zawsze będzie na niewystarczającym poziomie. Wciąż nie mamy odpowiedniego kształcenia podyplomowego. Konieczne jest wprowadzenie specjalizacji szczegółowej z uroginekologii, bo tylko wtedy ludzie będą się w tym zakresie kształcić w sposób systemowy, a nie przypadkowy. Nie wiem czy to się kiedykolwiek uda, bo póki co, pomimo iż specjaliści z tej dziedziny są absolutnie zgodni co do idei, to nie znajduje to zrozumienia administracyjnego, które przełożyłoby się na decyzyjne organizacyjne.

Druga rzecz na której mi zależy, to stworzenie kompleksowej opieki nad tymi pacjentkami nie tylko w pojedynczych ośrodkach w kraju. Potrzebne jest usystematyzowanie, włożenie uroginekologii w takie ramy, żeby pacjentka, która ma tego typu problem trafiała na sensowną ścieżkę terapeutyczną realizowaną krok po kroku. Bardzo podoba mi się system jaki stworzyli Czesi: mają dwuletnią specjalizację, ośrodki referencyjne oraz centralny rejestr powikłań co w uroginekologii ma kluczowe znaczenie, bo jeżeli pojawia się powikłanie to problem można dzięki temu wyłapać, eliminować, a nie go powielać.

Powinniśmy pamiętać, że uroginekologia to bardzo młoda dziedzina, ciągle pojawiają się nowe materiały, nowe metody, w związku z tym kontrola nad tym co się robi jest kluczowa, bo tylko tak można poprawiać, ulepszać.

Rozmawiała: Monika Wysocka