Delikatna twardzielka

Jej życie jest pełne zakrętów, ale co by to nie było, zawsze spada jak kot – na cztery łapy. Ambitna i przebojowa, nigdy nie mówi, że „się nie da”. Anna Kowalczuk jest pierwszą kobietą – dyrektorem Narodowego Instytutu Leków. Pod jej rządami Instytut nie tylko przestał mieć straty, ale w końcu zaczął zarabiać. Ponad 28 tys. głosów oddanych w Plebiscycie Kobiety Medycyny świadczy o tym, że połączenie delikatności z siłą ma swoją moc.

Zawsze marzyła Pani o farmacji?

W szkole średniej uczyłam się w klasie biologiczno chemicznej i byłam nastawiona na to, że pójdę na medycynę. Ale kiedy już trzeba było podejmować decyzję rodzice doradzili mi farmację i uznałam, że faktycznie to może być lepsza opcja. O dziwo – bo nie lubiłam wtedy chemii. Jednak kiedy weszłam na pierwsze zajęcia do laboratorium, gdy zaczęłam robić doświadczenia, analizować kationy, aniony, spalać borany – zachwyciłam się tym. Było mi na studiach stosunkowo łatwo, bo jestem typem kujona. Na ostatnim roku analityki farmaceutycznej wymyśliłam, że chciałabym połączyć doświadczenie zawodowe z jakimś elementem nauki i doskonałym miejscem do tego wydał mi się Narodowy Instytut Leków. Moje losy potoczyły się jednak inaczej – akurat nie było wakatu i bardzo niezadowolona poszłam do pracy w aptece. Postanowiłam zrobić doktorat na uczelni – jak najszybciej zrealizować swój plan i uciekać do przemysłu. Ale moje plany znowu zmienił przypadek – po mniej więcej pół roku i zadzwoniła do mnie dr Anna Łozak z Zakładu Leków Pochodzenia Naturalnego z pytaniem czy nie chciałabym przyjść do niej do pracy. Pomyślałam „Ja i rośliny? Nie bardzo to widzę, ale dobra, zaczepię się i zobaczymy co z tego wyjdzie”. I znowu złapałam bakcyla.

Jak to?

Kiedy w coś wchodzę to już z pełnym zaangażowaniem. W Zakładzie Leków Pochodzenia Naturalnego odkryłam wiele ciekawych wątków, zainteresowałam się mikroskopem i technikami oceny roślin. Zostałam również porządnie przygotowana przez Panią Doktor do interpretowania przepisów prawa. To był czas rozmaitych akcji z dopalaczami – roślinami zawierającymi narkotyki, których nikt nie umiał identyfikować. Laboratorium kryminalistyczne policji zwróciło się wtedy do Instytutu z prośbą o pomoc i ja zostałam wybrana do tego zadania – chodziło o opracowanie metody identyfikacji nielegalnych roślin w materiale dowodowym, np. w skonfiskowanych narkotykach. Był jednak problem z pozyskiwaniem materiału do badań, bo rośliny należały do egzotycznych gatunków pochodzących z Ameryki Południowej czy Afryki.

To był bardzo trudny okres: doktorat strasznie się przeciągał, ja byłam na najniższej pensji. Zdecydowałam się więc na pracę w aptece: od 7.00-15.00 byłam w Instytucie, a od 16.00-20.00 w aptece, także w soboty i niedziele, bo za 1500 zł nie utrzymałabym się w Warszawie.

A w między czasie okazało się, że jestem w ciąży. Wtedy bardzo wspierali mnie rodzice, również finansowo. Kiedy byłam w 6 miesiącu ciąży pojechałam na konferencję naukową do Lublina z plakatem na temat roślin, które badałam…Pamiętam, że sponsorem konferencji, ale jednocześnie moim kierowcą był tata.

…i to był kolejny zwrot w Pani karierze.

Prof. Jordan Zjawiony miał tam wykład o Salvia divinorum, jednej z interesujących mnie roślin. Kiedy podczas prezentacji posterów podszedł do mnie jakiś profesor z RPA powiedziałam mu, że bardzo chciałabym poznać prof. Zjawionego. I on nas poznał! W trakcie rozmowy okazało się, że jest Polakiem, który od 35 lat mieszka w Stanach. Opowiedziałam mu o swojej pracy i policyjnym projekcie, a on zaproponował, że udostępni mi wszystkie rośliny, o których mu mówiłam. To było niesamowite! W dodatku nie chciał zapłaty, ale …postawił warunek – muszę przyjechać do niego na Uniwersytet. Byłam wtedy w 6 miesiącu ciąży i bez pieniędzy, więc nie bardzo umiałam to sobie wyobrazić. Profesor powiedział: jak urodzisz dziecko, postaraj się o projekt i zadzwoń do mnie. I tak się stało: złożyłam wniosek o projekt do Narodowego Centrum Nauki – choć bez większej wiary w jego powodzenie W październiku urodziła się moja córka Kalina. Tymczasem w styczniu dostałam pozytywna decyzję.

Tylko, że ja byłam w zupełnie innym momencie swojego życia: tuż po porodzie moim jedynym marzeniem było siedzieć w domu z dzieckiem. Za namową mamy, bez przekonania, napisałam maila do prof . Zjawionego, że pewnie mnie nie pamięta, ale plan się udał i dostałam pieniądze na projekt. Po chwili zadzwonił telefon, że już przygotowują dla mnie formularz do ambasady….

O matko! Wspaniale i strasznie jednocześnie….

Dokładnie. Miałam straszny dylemat. Najpierw w ogóle nie chciałam o tym słyszeć, ale odbyłam trudną rozmowę z mamą, która tłumaczyła mi, że “nic dwa razy się nie zdarza” i mogę takiej propozycji więcej nie otrzymać a moja córka jest jeszcze taka malutka i wcale nie będzie pamiętała tego czasu w swoim życiu. Skróciłam urlop macierzyński i wróciłam do pracy w marcu. A 5 maja byłam już w Stanach. To była katastrofa. Zostawiłam 7 miesięczne dziecko…

Jak Pani to przeżyła?

To było bardzo trudne. Zorganizowałam sobie pracę tak, że 6 tygodni byłam w Stanach, a 2 tygodnie w Polsce. I tak latałam przez rok. Pracowałam tam bardzo ciężko każdego dnia w tygodniu, także w soboty i niedziele do wieczora. Tak zagłuszałam wyrzuty sumienia. Byłam matką, która zostawiła dziecko! Strasznie to przeżyłam i tylko ta ciężka praca trzymała mnie przy życiu, bez niej zwariowałabym. Ale jednocześnie wiedziałam, że to moje być albo nie być.

Podszkoliłam język angielski, bo poza profesorem nikt tam nie mówił po polsku. Nauczyłam się bardzo dużo nowych rzeczy. W rok zebrałam materiał do większości doktoratu, a ponieważ nie miałam promotora wszystko prowadziłam i planowałam sama. Po powrocie do Polski zwróciłam się do prof. Olgi Olszowskiej, z prośbą, aby objęła mnie swoją opieką. Okazało się, że Pani Profesor właśnie odchodziła na emeryturę, ale może dzięki temu mogła mi poświęcić sporo czasu. Współpracę z nią wspominam bardzo dobrze – dużo mnie nauczyła i mocno inspirowała, również w życiu. Lekko nie było, to prawda, bo była wymagająca i skrupulatna. Za każdym razem kiedy chciałam coś ulepszyć, mówiła: „Zastanów się co jest twoim celem? Doktorat, a nie dłubanie publikacji w nieskończoność”. Nauczyła mnie definiowania celu i samodyscypliny w dążeniu do jego osiągania.

No i udało się…

Tak. Obroniłam ten doktorat!

To zmieniło Pani życie zawodowe?

Tak naprawdę zmienił je wyjazd do Stanów, wsparcie profesora Zjawionego, jego pomoc w językowym i merytorycznym szlifowaniu publikacji, kontakty które wtedy zdobyłam – to były momenty, które zmieniły moje życie zawodowe.

Co było potem?

Potem chciałam odejść z Instytutu, dołożyły się do tego sprawy osobiste, potrzebowałam wziąć kredyt, a zarabiając bardzo mało w Instytucie, nawet już po doktoracie, nie miałam na to szans. Znalazłam więc pracę w firmie farmaceutycznej, za taką kwotę jaką chciałam. Ale w tym czasie zmienił się dyrektor Instytutu i …. dostałam propozycję objęcia stanowiska Zastępcy ds. Badań Kontrolnych. Finansowo nie była to propozycja bardziej atrakcyjna, niż praca w firmie farmaceutycznej, ale pozwalała na większy rozwój zawodowy. Doszły do tego powody emocjonalne: nie zostawiałam miejsca, z którym czułam się zżyta, mogłam zostać w swoim środowisku i dodatkowo prowadzić badania – przynajmniej tak wtedy myślałam. To była bardzo ciężka praca, ale niezwykle satysfakcjonująca i.. miałam na coś wpływ. Doszłam do wniosku, że farmacja to za mało i trzeba się doszkolić. Poszłam więc na studia podyplomowe z zarządzania na Uniwersytecie Warszawskim. NIL to duża firma, samofinansująca się, trzeba więc ten budżet rozumieć, wchodzić w interakcje z różnego rodzaju partnerami, zachęcać ich, pozyskiwać środki na bieżącą działalność oraz na rozwój. Poszłyśmy z obecnym moim Zastępcą ds. Administracyjno-Ekonomicznych Edytą Wołczyńską, na te studia i przeżyłyśmy szok, bo uświadomiłyśmy sobie jak wiele jeszcze trzeba się nauczyć. Dlatego następnym krokiem było MBI. To niesamowicie obciążające studia z pracami domowymi, projektami, ale też dające konkretne kompetencje np. zarządzania strategicznego, projektów czy wreszcie z rachunkowości i prawa spółek. A do tego bardzo fajna grupa inspirujących ludzi.

Jak to się przekłada na konkretną pracę w Instytucie?

Jako Instytut uruchomiliśmy spółkę celową do komercjalizacji badań, będziemy ją teraz dalej rozwijać. To podmiot, który ma podnieść dynamikę biznesową – trudne zadanie, bo z jednej strony nie chcemy zrywać z tradycją, ale jednocześnie musimy iść do przodu, bo świat się zmienił. Przez pierwsze trzy lata wzmacnialiśmy kompetencje zarządcze. Czas na dalsze działania.

Dziś czuje się Pani mocniej?

Zdecydowanie. Ale to zasługa mojego zespołu, świetnie się uzupełniamy i zawodowo i kompetencyjnie.

W 2017 roku, kiedy zostałam dyrektorem Instytutu groziło nam, że nie będzie na wypłatę pensji. Musieliśmy przeprowadzić restrukturyzację. To był rok oszczędzania i udało się – do końca roku zmniejszyliśmy straty o 2,5 mln, i to był pierwszy zrobiony budżet od wielu lat. W kolejnym roku również zbilansowaliśmy budżet i choć zaczęliśmy inwestować – wyszliśmy na plus. W tym roku chcemy się już rozwinąć poprzez spółkę, na bazie tego co wypracowaliśmy przez ostatnie dwa lata. Analizujemy na bieżąco szanse i aktywność konkurentów.

Co było najbardziej zaskakujące?

Odkrycie, że to jest wierzchołek góry lodowej. Że u nas nie ma „zarządzania zasobami ludzkimi”, HR-u. Były twarde kadry. O ile nad finansami udało się zapanować, to całą resztę dopiero trzeba było stworzyć. Musiała nastąpić zmiana kultury organizacyjnej – bo nie mieliśmy misji, strategii, wizji, wartości. Nowoczesnego zarządzania. Zaczęliśmy to tworzyć – zorganizowaliśmy konkurs na hasło Instytutu, organizujemy konferencje, otwarte seminaria, zainwestowaliśmy w koszulki z nadrukami, wyszliśmy na zewnątrz: zapraszamy do nas dzieci, założyliśmy twittera,

Niby proste rzeczy, ale w rzeczywistości cała masa pracy..

Tak. Dodatkowym problemem są ogromne różnice pokoleniowe. Z jednej strony wciąż wręczam nagrody jubileuszowe za 35 lat pracy, a z drugiej mam pracowników z pokolenia „Zet”, dla których liczą się inne wartości. Oni się cieszą, że pracują w NIL, ale nie ukrywają, że za rok lub dwa będą chcieli zmienić pracę. Starsi burzą się, że to nielojalność. Ale młodzi mają do tego prawo, a naszym obowiązkiem jest stworzyć na tyle atrakcyjną ofertę finansową, benefitową, projektową, naukową – żeby chcieli zostać.

To trudne tak łączyć pokolenia…

Bardzo trudne. Proszę sobie wyobrazić warsztaty z PR dla starszej kadry…

Do tego ja nie mam tytułu profesora. No i jestem kobietą… Na szczęście my działamy zespołowo – trochę jak rzymskie formacje, które na polu walki tworzyły szczelny układ tarcz zabezpieczając legionistów z każdej strony.

Jak to w ogóle się stało, że została Pani dyrektorem Instytutu Leków? Pierwszym dyrektorem – kobietą.

Poprzedni dyrektor został odwołany. Mniej więcej w tym samym czasie byłam u ministra nadzorującego, załatwiając różne sprawy dla Instytutu. To on uznał, że byłabym dobrym szefem NIL, ale swoją wizję rozwoju musiałam przedstawić kolejnemu wiceministrowi, a wreszcie odbyłam rozmowę z samym Ministrem Zdrowia.

Pracowałam tu już wtedy 11 lat i znałam i tę placówkę i pracowników. Jestem bezpośrednia w kontaktach, lubię mówić wszystko wprost, a jak mi zależy na czymś i za coś się zabieram – to na 100 procent. Są w tym co prawda i emocje, ale ja się wcale nie chcę ich pozbywać..

Takie stanowisko to wyzwanie…

Jak najbardziej! Ale to był czas kiedy już miałam za sobą różne doświadczenia: pracę w laboratorium, naukową, rutynową. Widząc różne mechanizmy wiedziałam co się dzieje w instytucie, komu jest ciężej, komu łatwiej, gdzie są problemy. I miałam poczucie, że się da. Nie lubię zresztą, gdy ktoś mówi, że czegoś się nie da zrobić – bo zawsze jest jakiś sposób.

To chyba upór i ambicja?

Ale tak jest! Proszę zwrócić uwagę na taki cytat z „Alchemika”: „Kiedy czegoś gorąco pragniesz, to cały Wszechświat sprzyja potajemnie, Twojemu pragnieniu.” I ja wierzę, że tak jest. Ale też słucham i często zmieniam zdanie, daję się przekonać.

Ma Pani poczucie, że robi Pani wspaniałą karierę?

Ja tego tak nie postrzegam. To ogromna szansa, ale też odpowiedzialność. W Instytucie pracuje 230 osób i czuję się za nie odpowiedzialna. Kiedy pierwszy raz zwalniałam pracownika, bardzo to przeżyłam. Nie spałam całą noc, wciąż myślałam co ta osoba zrobi, gdzie pójdzie, jak sobie poradzi. Teraz mamy ustalone z kierownikiem HR, że będziemy pracować by stworzyć system wsparcia gdy się z kimś rozstajemy. Nie chcemy, żeby to było bezrefleksyjne.

Cieszę się, że nauczyłam się czytać ludzi, rozumieć ich. Lubię nasze burze mózgów, spotkania podczas których konfrontujemy opinie. Prowadzi to najczęściej do kreatywnych rozwiązań. Wiem, że oldskulowe, autokratyczne zarządzanie to droga donikąd.

Ma Pani ogromne wsparcie rodziców…

Moi rodzice zawsze we mnie wierzyli i zawsze mnie wspierają. Rodzina jest dla mnie bardzo ważna, a moja córka zawsze będzie na pierwszym miejscu. I może to jest wyświechtany slogan, ale pracę się zmienia, a rodzina zostaje na zawsze. Dlatego nie przywiązuję się do tego, że jestem dyrektorem. Zresztą jestem trochę jak kot, co zawsze spada na cztery łapy. Nie ta praca, to inna. Jest wiele ciekawych dróg…

Instytut odbił się od dna. Co dalej?

Teraz ważne jest żeby tę instytucję rozwijać, zabezpieczyć ją. Mam swoją wizję tego, jak to zrobić a wokół ludzi, którzy myślą podobnie.

Lubimy być niezastąpieni, więc kiedy pojechałam na pierwsze wakacje, były maile i telefony. Rok później nikt się nie odzywał, nikt nie dzwonił.

Moi zastępcy są poukładani i doskonale sobie radzą. Czasem dzwonią kiedy jestem poza biurem i się pytają co zrobić. Najczęściej mówię wtedy: przecież ty wiesz co robić. Bo tak jest.

To efekt dobrego zarządzania

Staram się dbać o nich, ale łatwo nie mają. Ja jestem działaczem zewnętrznym – spotykam się z klientami, lobbuję na rzecz Instytutu, poszukuję nowych szans, rozmawiam z ludźmi. Lubię jak dzieje się szybko, lubię widzieć rezultaty. Ciągle ich poganiam. Muszą mieć do mnie świętą cierpliwość, bo u mnie wszystko jest na wczoraj…

Ale w końcu wraca Pani do domu i co wtedy?

Najpierw to ja się bardzo denerwuję, bo mieszkam w Łomiankach i jadę tam półtorej godziny. Okropność! Ale znalazłam na to sposób: zestaw głośnomówiący i mój powrót do domu to załatwianie zaległych spraw. Dzięki temu mam choć trochę więcej czasu dla rodziny. To dla mnie bardzo ważne, bo po powrocie, z pani dyrektor zmieniam się w zwykłą kobietę. Siadam z córką do lekcji, sprzątam, gotuję, piorę. Nawet pościel krochmalę.

Pachnie mi to perfekcjonizmem!

Trochę tak… Ale próbuję spuścić z tonu, bo wyobrażam sobie jak trudno musi być mojemu partnerowi. No i chciałabym pokazać moje córce, że nie wszystko powinno być na tip top, nawet oceny nie są najważniejsze.

A kiedy lekcje są już odrobione….

Musimy jeszcze porozmawiać. Moja córka jest bardzo refleksyjna i inteligentna, ma swoje potrzeby – nie zależy jej tylko na zabawie. Ale ja to lubię i chcę być na bieżąco w jej sprawach.

Kiedy już wydeleguję ją do spania muszę jeszcze przygotować się do swoich studiów…

Jakie ma Pani zawodowe marzenie?

Żeby uruchomiona przez nas spółka stała się przepustką do tego, aby jeszcze lepiej zorganizować miejsce pracy – tak, żeby NIL był miejscem w którym wszyscy chcieliby pracować bo tu jest fajnie, dynamicznie, są możliwości i daj Boże – pieniądze. Żeby walili tu drzwiami i oknami, a my żebyśmy mogli mówić: „nie, nie proszę poczekać, aż zwolni się miejsce”. Może to brzmi niewiarygodnie, ale takie właśnie mam marzenie….

A prywatnie?

Moją wielką radością jest fakt, że tam gdzie mieszkam mam wielu przyjaciół. Wozimy nawzajem swoje dzieci do szkoły, przychodzimy do siebie w kapciach, spotykamy się często by po prostu pobyć ze sobą. To jest bardzo pozytywne, chciałabym, żeby tak było zawsze.

No i nie będę zbyt oryginalna – chciałabym być w dobrym kontakcie ze swoją córką. Lubimy razem spędzać czas: ona lubi mi pomagać – nawet w tych zwykłych sprawach. Czasem przygotowujemy sobie spagetti i na kanapie oglądamy telewizję albo czytamy książki. Lubimy też razem chodzić na pogaduchy do moich koleżanek, które mają dzieci w podobnym wieku. Kiedy mamy dzień tylko dla siebie – jedziemy razem na lody, na zakupy pochodzić po sklepach, odwiedzamy moich rodziców. A moja ulubiona scena wygląda tak: jest koniec czerwca, moja córka wyluzowana leży na wiklinowym fotelu na tarasie, obok stoją truskawki. Ja wskakuję na drugą kanapę z książką i swoją porcją truskawek. Jest sielsko.

Rozmawiała: Monika Wysocka