Liczą się tylko dzieci

Z prof. Alicją Chybicką, pediatrą i onkologiem dziecięcym, posłanką na Sejm, laureatką ubiegłorocznej edycji plebiscytu „Kobiety Medycyny 2015” rozmawiała Joanna Rawik.


fot. www.umed.wroc.pl

Jak to jest łączyć intensywną pracę zawodową z życiem rodzinnym?

Nie ma rzeczy niemożliwych. Ja mam troje dzieci, dwoje wnucząt, kolejne w drodze. Tego samego męża od 41 lata. Do tego dwa psy, dwa koty, rybki – tak więc pełne obciążenie rodzinne. I od początku, już od ukończenia studiów, zawsze ciężko pracowałam. Dyżurowałam, często po trzy noce pod rząd, bo kiedyś nie było ograniczeń. Cały sukces polegał na tym, że w organizację życia rodzinnego włączyli się nasi rodzice, którzy pomagali przy małych dzieciach, gotowaniu i organizowaniu tego wszystkiego, gdy mnie nie było.
Ponadto mój mąż nie jest lekarzem, co jest ogromnym plusem. Kiedy wracałam do domu byłam szczęśliwa, bo mój mąż fantastycznie dbał o dzieci. One były zachwycone, bo on bawił się z nimi, opowiadał im bajki, zawsze były nakarmione i zadbane, choć nasz dom wyglądał jakby przeleciał przez niego tajfun. Typowo po męsku. Jednak ja miałam zawsze jedną żelazną zasadę. Nigdy nie brałam się za sprzątanie, tylko siadałam z dziećmi i bawiłam się z nimi, rozmawiałam. Dopiero, kiedy szły spać, brałam się za porządki.Miałam też ciocię przedszkolankę, którą dzieci uwielbiały. Tam wolno im było wszystko – tak jak teraz u mnie moim wnukom. Wczoraj mój wnuk powiedział mi: babciu ty jesteś taka dobra, ja uwielbiam u ciebie być. No, ale ja mu na wszystko pozwalam. Moje wnuki są dla mnie bardzo ważne. I mimo, że wciąż jestem obciążona pracą i w Sejmie i w klinice, to przynajmniej raz w tygodniu biorę je do siebie –  w najgorszym przypadku na pół dnia po szkole, ale najczęściej na nocowanie w weekend. Staram się – na tyle ile mogę – oddać to, co dostałam od rodziców, czyli pomagać moim dzieciom, gdy są na szczycie kariery zawodowej.

Czuje się Pani spełniona?

Tak. Jestem szczęśliwa, że udało mi się osiągnąć, to co osiągnęłam. Za swój sukces uważam tylko i wyłącznie każde wyleczone dziecko. Nie tytuły, nagrody, obecność w parlamencie. Liczą się tylko dzieci. Zaś klęską jest każde dziecko, które opuściło świat. Teraz mam sporo frajdy, bo wszystko się w życiu zwraca. Kiedy ostatnio byłam w Jaworze na pikniku, podeszła do mnie kobieta z małym chłopcem. Myślałam, że o niego właśnie chce mnie zapytać, a ona rzuca mi się na szyję i mówi, że jest moją wyleczoną 21 lata temu pacjentką i przyszła mi pokazać swojego syna. Takich sytuacji mam mnóstwo. W samolocie, na ulicy spotykam pacjentów, których ja oczywiście nie rozpoznaję, bo dziś są już w zaawansowanym wieku, ale oni podchodzą, pokazują własne dzieci, zapraszają na śluby, na chrzciny swoich dzieci. To szalenie przyjemne.

Umie się Pani cieszyć życiem…

Oj tak. Uważam, że do wszystkiego trzeba podchodzić z pogodą, jeśli tylko jest taka możliwość mobilizować całą rodzinę do pomocy i z niczego nie rezygnować. Bo we wszystkim trzeba umieć zachować równowagę. Nie wyobrażam sobie poświęcenia się tylko i wyłącznie pracy. Zawsze lubiłam aktywne życie – jeszcze na studiach występowałam w kabarecie, chodziłam na rajdy. I tak mi zostało do dziś. Należy cieszyć się życiem i nie rezygnować z niczego, co lubimy robić. Po to jest kino, żeby do niego chodzić, po to są góry, żeby je zdobywać, a morze żeby w nim pływać. Obojętnie, jaki zawód się wykonuje.

Ale jak to połączyć z tyloma obowiązkami? Może po prostu kobiety są lepiej zorganizowane od mężczyzn?

Uważam, że w dzisiejszych czasach to w ogóle nie jest związane z płcią. Może kobiety mają więcej zamiłowania do porządku, ale z kolei mężczyźni mają więcej technicznego zmysłu. Chociaż, chyba niekoniecznie – wszystko zależy od człowieka.

Medycyna to specyficzny zawód, bardzo wymagający…

Mówimy o kobietach, które mają bardzo trudną pracę, polegającą na tym, że walczą o życie, a na pewno o zdrowie swoich chorych. To bardzo duża odpowiedzialność, która zawsze kładzie się cieniem na psychice, jest bardzo dużym obciążeniem. To co różni nasz zawód od innych, to fakt, że trudno wyłączyć się po wejściu do domu. Mnie się to nigdy nie udało. Zawsze myślałam o dzieciach, które zostawiałam w szpitalu. Psychicznie wytrzymywałam te obciążenia, bo wyszłam z założenia, że tym dzieciom, ktoś musi pomagać. Jeśli wszyscy się odwrócą i powiedzą, że onkologia dziecięca jest za trudna, to kto te dzieci będzie leczyć?

Jak znosiły to Pani dzieci? Nie były zazdrosne?

Były. I proszę spojrzeć: mam troje dzieci i wśród nich ani jednego lekarza. Dzieci oznajmiły mi, że nie będą tak harować, chociaż patrząc na nich uważam, że w swoim zawodzie też pracują bardzo ciężko. I o ile córki nie namawiałam do medycyny, bo uznałam, że faktycznie kobiecie w tym zawodzie może być trudno połączyć pracę zawodową z życiem rodzinnym, to synowie też nie dali się namówić. W moich dzieciach na pewno zostało to, że ja zawsze musiałam dzielić siebie między dom i pracę. One to wiedziały, z czasem przestały się buntować. Zawsze miały więcej ojca niż mamy i był taki czas, że gdy wracałam z pracy chowały się za spodniami taty. Ale muszę powiedzieć jedno: wakacje zawsze były nasze. I jeszcze w okresie studiów dzieci jeździły z nami na wakacje na cały miesiąc. A wraz z nimi ich koledzy. Jeździliśmy 6-7 samochodami, wyglądało to dość zabawnie. Ale było fantastycznie.